środa, 6 maja 2020

Rozdział 13

Stephane na komputerach co do zasady się nie znał. Lubił je, to prawda. Uważał, że bardzo ułatwiają pracę trenera. Był wielkim fanem statystyk, filmów i analiz. Każdą akcje był wstanie obejrzeć sto razy, wypisywał wady każdego zawodnika i zawodniczki, którą widział. Uwielbiał technologie za to, że siedząc w domowym zaciszu mógł obejrzeć każdy mecz z kilku sezonów wstecz. Nie wyobrażał sobie pracy bez tego. 
Ale to nie znaczy, że się na tym cholernym sprzęcie. Od hakerstwa trzymał się w każdym razie z daleka. 
Dlatego też, gdy Arabella zaczęła tłumaczyć, jak znalazła zdjęcie, wyłączył się. Totalnie. Patrzył na ekran laptopa i rozumiał tylko jedną rzecz. 
Na zdjęciu była Lily. 
Jego córka. 
Nie wiele z tego rozumiał. Dlaczego wchodziła do hotelu? Dlaczego przebrała się za pracownika filmy cateringowej? I co było w torbie? 
— Ale… ale jak? — wydukał. 
Stephanie pokrzepiająco ścisnęła dłoń męża. Uśmiechnął się w podzięce. Choć nie rozumiał, co się dzieje, to wiedział, że przejdą przez to razem. 
— Wychodzi na to, że nasza kochana dziewczynka ma jakieś tajemnice — prychnęła kpiąco Arabella. — I to tajemnice związane ze sprawą. 
Matthieu zacisnął zęby. Obszedł biurko i stanął przy oknie. Ciężko było stwierdzić jakie emocje nim władają. Był wściekły? Rozczarowany? A może zagubiony? Może sam nie wiedział, co to wszystko ma znaczyć? 
— Podsumujmy — odwrócił się w końcu do pozostałych. — Lily i Manoline zostały porwane przez tajemniczą Margaret. Jednocześnie mamy dowód, że Lily była w hotelu tuż przed znalezieniem pierwszego ciała. Incognito. Nie mogła wiedzieć jeszcze o sprawie, bo zgłoszenie dostaliśmy dwie godziny później. Więc, co tam robiła? Jakieś pomysły? 
— Schadzka z chłopakiem? — rzucił bez namysłu Stephane. 
— I dlatego się przebierała? 
— Jeśli to siatkarz którejś z drużyn mogli nie chcieć zostać zobaczeni. Niektórzy trenerzy mają bardzo restrykcyjne zasady jeśli chodzi o kontakty społeczne. 
Arabella tylko prychnęła kpiąco. 
— Jest jeden, drobny problem w tej teorii. Lily nie miała chłopaka. Wzdychała do Fréda, a przynajmniej tak to wyglądało. 
— Skąd wiesz? — Matthieu zmierzył ją podejrzliwym spojrzeniem. 
— Trzeba być ślepym, by nie widzieć, jak Fréd wokół niej lata. A dzisiaj wrócili z przerwy wyjątkowo uchachani. Do czegoś doszło. Czyli uczucie było odwzajemnione. 
Matt ze świstem wypuścił powietrze. Widać było, że myśli intensywnie. Jednak to myślenie na razie dawało marne rezultaty. Co było irytujące i wszyscy to widzieli. Przecież był Matthieu Ferrattem! Rozwiązał setki spraw! Jak mógł nie poradzić sobie z czymś takim? 
Stephane przyglądał mu się uważnie. Sam próbował zrozumieć całą sytuacje. Wiedział, że Lily coś ukrywała. Jej zachowanie było wyjątkowo podejrzane. Ale czy w ogóle znał ją inną? Przecież widzieli się tyle razy, a dziewczyna nie powiedziała mu o swoich podejrzeniach. Śledziła go. Spotykała wie w tajemnicy z Stephanie. W ogóle była podejrzana. 
— Mogę coś zasugerować? — Pierwszy raz odezwała się Stephanie. 
Matthieu kiwnął głową, Arabella tylko uniósła brew. Teraz to Stephane ścisnął dłoń żony, by dodać otuchy. Podświadomie czuł, co chodzi jej po głowie. I wiedział, że może to być bardzo trudne do przyjęcia. 
— A co jeśli Lily ma coś wspólnego z morderstwami? 
Zamarli. Bella skrzywiła się, Matt odwrócił na pięcie. Znów podszedł do okna. Oddychał ciężko. Jego ramiona nieznacznie drżały. 
— Co masz na myśli? 
Stephanie westchnęła. Przeczesała palcami włosy. Myślała, jak dobrać słowa. 
— Wiem, że to może być trudne, ale… pewnie przesadzam… tylko… chodzi o to… Lily może mieć udział w morderstwie. 
Matthieu ze świstem wypuścił powietrze. Walczył sam ze sobą. Targały nim sprzeczne emocje. Rozum jedno, serce drugie. 
Stephane na początku też odrzucił teorię żony. Taki odruch. W końcu mimo wszystko znał Lily, była dobrą dziewczyną. I jego córką. A przynajmniej tak podejrzewał. Czy ktoś taki mógłby pomóc przy zabójstwie? 
Ale po chwili zastanowienia zrozumiał tok myślenia żony. Jak zza mgły zaczęły pojawiać się brakujące kawałki puzzli. Linie powiązań. Układał fakty, a wszystko łączyło się w spójną całość. Teorię, która na pewno nie spodoba się Mattowi. 
— Dlaczego uważacie, że mogłabym pomagać mordercy? — zapytał jeszcze spokojny Matthieu. — Jest policjantką. Osobiście przyjąłem ją do pracy. Cały czas pomagała w śledztwie. Razem z Frédém znalazła głowę Delacoura. Ciężko mi uwierzyć, że jest po złej stronie. 
Stephane powoli pokiwał głową. To było do przewidzenia. Matthieu był szlachetnym człowiekiem. Wierzył we szlachetność innych. Jedyna wada w profilu policjanta idealnego. 
— Po prostu rozważamy wszystkie możliwości. — Stephanie wzruszyła ramionami. — Masz dowód na to, że Lily była na miejscu zbrodni przed znalezieniem zwłok. Nie powiedziała wam o tym, a jestem skłonna nawet podejrzewać, że postarała się, byście tego nagrania nie zobaczyli. 
Matt usiadł. Schował twarz w dłoniach. Oddychał ciężko. Na bladej twarzy po raz pierwszy pojawiło się zmęczenie. 
— Dajcie mi dowód. Jakikolwiek dowód. 
Małżeństwo wymieniło znaczące spojrzenia. Przecież na razie były to tylko przypuszczenia. 
— Masz jakieś zdjęcie Lily? — zapytał cicho Stephane. — Moglibyśmy pokazać je Havarois. Może ją pozna. 
— I nam powie? 
— Zawsze warto spróbować. 
Ferrat wahał się przez chwilę. W końcu jednak wyciągnął z biurka gruby segregator. W środku znajdowały się dokumenty współpracowników. Wśród nich zdjęcie legitymacyjne Lily. 
— Idziesz ze mną — mruknął do Stephana i pośpiesznie wybiegł z gabinetu. 
Antiga pobiegł za nim. Zeszli do aresztu. Zastali Havarois dokładnie w tej samej pozycji. Z głową schowaną w dłoniach, zgarbionego. Gdy weszli, nawet nie drgnął. 
— Chcemy ci zadać kilka pytań. 
Głos Matthieu był chłodny, ale wyjątkowo opanowany. Jakby odrzucił od siebie wszelkie emocje. Był profesjonalistą. Musiał zachować obiektywizm. Usiadł na krześle i podsunął Havarois pod nos zdjęcie. 
— Kojarzysz tę kobietę? 
Havarois pokręcił głową. Stephane uniósł brew. 
— Przyjrzyj się uważnie. 
Przyjrzał się. Długo patrzył na fotografie. Przygryzał wargę. Marszczył czoło, przekrzywiał głowę. W końcu wydał werdykt.
— Tia… chyba mi kogoś przypomina. Chcecie wiedzieć, czy to Margaret? — spojrzał na Matta bystrym wzrokiem. Nie potrzebował potwierdzenia. — Możliwe. Rysy twarzy ma podobne. Jest w odpowiednim wieku. Ale stuprocentowej pewności nie mam. Zawsze miała perukę. I makijaż. 
— To wyobraź sobie, że ta kobieta też ma — warknął Matt. — Są podobne, czy nie? 
Havarois w zamyśleniu podrapał się po brodzie. 
— Chyba wam o czymś nie powiedziałem. Nie powinienem tu siedzieć. 
Mężczyźni wymienili zaskoczone spojrzenia. 
— Co masz na myśli? — zapytał ostrożnie Matthieu. 
— Nie chciałem żebyście mnie aresztowali. Nie chciałem spędzić reszty swojego życia w więzieniu. Powiedziałem to Margaret. Uzgodniliśmy, że jeśli do mnie dotrzecie, to albo mnie wyciągnie, albo się zabije. Ale cóż, teraz ma problem. Zmieniłem zdanie. Dzięki tobie. — Spojrzał na Stephana. 
Zapadła cisza. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Wyznanie było zaskakujące. Tego na pewno się nie spodziewali. 
Pierwszy otrząsnął się Matthieu. 
— Teraz to bez znaczenia. Mów! Czy ta kobieta jest podobna do Margaret?
— Owszem jest. Możliwe, że to ta sama osoba, ale gwarancji nie dam. 
Mattowi to wystarczyło. Wstał i bez słowa opuścił cele. 
Stephane złapał go jeszcze na korytarzu. Miał bowiem kolejną teorię. Trochę naciąganą, ale potwierdzającą ich podejrzenia. 
— Wiesz, że matka Lily miała na imię Daisy? — zapytał. 
— No i co z tego?
— To, że w krajach anglosaskich Daisy to zdrobnienie od Margaret. 
Matthieu zamarł. Jak dotychczas starał się zachować spokój, to teraz było widać, że świat osuwa mu się spod stóp. Oparł się o ścianę. Odetchnął głęboko. Zacisnął pięści. 
— Wiesz co to oznacza? — wychrypiał, łamiącym, się głosem. — To oznacza, że Lily Garrout to Margaret. 


***

Matt czuł się jak w koszmarze. To co się działo, wydawało się kompletnie nierealne. Cały czas liczył, że wszystko okaże się tylko złym snem. Że gdy znów otworzy oczy będzie leżał obok ukochanej żony. Że obudzą go krzyki dzieci. Że w pracy przywita go uwodzicielski wzrok Arabelli. Fréd będzie narzekał na słabą kawę, a Lily odda stos idealne wypełnionych raportów. Że wszystko będzie jak dawniej. 
Jednak ta upiorna rzeczywistość trwała nadal. 
Na początku chciał protestować. Wykrzyczeć Stephanowi w twarz, że kłamie. Że wymyślił sobie tę teorię, by oczernić Lily. By odsunąć od siebie widmo ojcostwa. Miał ochotę zmusić Havarois do wycofania zeznań. By zaprzeczył, że Margaret jest w jakikolwiek sposób podobna do Lily. 
Ale w głębi duszy czuł, że to prawda. To Lily poćwiartowała zwłoki Delacoura. To Lily oskalpowała La Fait. To Lily wypatroszyła Garyna. 
Lily. Niewinna, skrupulatna Lily, która tak strasznie marzyła o pracy w policji. Lily, którą sam przyjął do wydziału. 
Oszukała go. Ograła koncertowo. 
A on tego nie zauważył. 
Teraz śledztwo toczyło się na dwóch poziomach. Na nogi postawiono policje w całym regionie. Wydział do spraw zaginięć zajął się porwaniem Manoline. Ogłoszono alarm. Jej zdjęcie rozesłano do wszystkich mediów, a także hoteli, restauracji, sklepów całodobowych i stacji benzynowych. Patrole policji zatrzymywały auta na drogach wyjazdowych z miasta. Najważniejsze było pierwsze dwadzieścia cztery godziny. Potem szansę na znalezienie żywego dziecka spadały niemal do zera. 
Jednocześnie inna jednostka szukała Lily. Oddział Matthieu nadal prowadził sprawę morderstwa, ale ze względu na powiązania osobiste, poszukiwania Garout zlecono komuś innemu. Przesłuchano wszystkich jej współpracowników. Zadawano trudne pytania. Ktoś nawet pofatygował się do szpitala. Niewiele to dało, bo Frédérique nadal był nieprzytomny. 
Matthieu nawet nie chciał myśleć, jak zareaguje, gdy się obudzi. 
Westchnął głęboko, dolewając sobie kawy.  Dochodziła piąta rano, a oni nie zrobili żadnego postępu. Lily po prostu rozpłynęła się w powietrzu. 
— Powinieneś się przespać. 
— Ty też. — Uśmiechnął się smutno do Stephana. — Wróćcie do domu i odpocznijcie. Dam znać, jeśli cokolwiek się zmieni. 
Trener pokręcił głową. Usiadł obok Matta i schował twarz w dłoniach. Przez chwilę oddychał ciężko. 
— Stephanie zasnęła na kanapie w pokoju obok — powiedział w końcu. — A ja… nie potrafię teraz wrócić. Ciężko byłoby spać wiedząc, że zza ściany zniknęła Many, a my temu nie zapobiegliśmy. 
Matthieu przełknął głośno ślinę. Od momentu, gdy ogłoszono alarm, nie miał okazji porozmawiać z Stephanem. Małżeństwo było bez przerwy przesłuchiwane, zadawano im milion pytań. Matt też miał sporo roboty. 
— Przepraszam, to moja wina — mruknął. — Gdybym nie wciągał cie w śledztwo… 
— To Lily i tak by to zrobiła — przerwał stanowczo Antiga. — Śledztwo było tylko przykrywką. Chyba chciała mnie lepiej poznać. Ale skontaktowała się z Stephanie na kilka dni przed pierwszym morderstwem. Nawet gdybym nie brał udział w sprawie, porwałaby Manoline. 
Komendant zacisnął zęby. Musiał przyznać szwagrowi rację. 
— Nie rozumiem tylko, dlaczego to zrobiła? 
— A dlaczego psychopaci mordują? — Stephane wzruszył ramionami. — Są psychopatami i tyle. To, co się stało w żaden sposób nie jest twoją winą. 
Matt bardzo chciałby mu wierzyć. Ale ciężko było pozbyć się poczucia winy. Nadal próbował sobie wszystko poukładać w głowie. Chciał zrozumieć, co pchnęło Lily do zbrodni, dlaczego pomogła Havarois w morderstwach. 
Jednak po tylu godzinach jego mózg po prostu odmówił współpracy. Przegrzał się. Jednyne czego pragnął w tamtej chwili, to przykryć się kocem i przespać kolejny tydzień. 
Ale musiał zachować czujność. Musiał działać. Liczyła się każda minuta. 
— Jak myślisz, co Lily zrobi Manoline? — wypalił nagle Stephane. 
— Ciężko stwierdzić. — Matt wzruszył ramionami. — To nie jest typowe porwanie dziecka. Zwykle albo mamy do czynienia z walką pomiędzy rozwodzącymi się rodzicami albo z pedofilami. Lily nie należy do trzeciej grupy — psychopatów, którzy porywają dzieci do dziwnych, przebiegłych celów. 
— Zabije ją? 
— Mało prawdopodobne. Raczej zastosuje jako kartę przetargową. Dlatego tu zostałem. Czekam na żądania. 
Stephane spuścił wzrok. Usiadł obok i przez chwilę w milczeniu bawił się rękawem koszuli. Chyba myślał intensywnie. A przynajmniej się starał. 
— Zachowujesz wyjątkowy spokój — zauważył Matthieu. — Spodziewałem się raczej, że będziesz dreptać w kółko, rzucać milionami pomysłów i oskarżać moich kolegów o opieszałość. A
Nie jesteś przypadkiem robotem?
Antiga uśmiechnął się smutno. 
— Muszę być spokojny. Dla Stephanie. Przynajmniej jedno z nas powinno zachować trzeźwość umysłu. A ona… kompletnie się załamała. Obwinia się o zniknięcie Many, bo mała była wtedy pod jej opieką. 
Matthieu powoli pokiwał głową. Był wstanie to zrozumieć. Skoro on miał wyrzuty sumienia, to nawet nie chciał sobie wyobrażać przez co musi przechodzić szwagierka. 
Potarł palcami skroń. Bolała go głowa, ale miał wrażenie, że dziwne pulsowanie jest wywołane nie tylko przemęczeniem. Że gdzieś za siecią neuronów, migocze pomysł, rozwiązanie, o którym zapomniał. 
— Zastanówmy się jeszcze raz — nakazał. — Lily też jest twoją córką, a przynajmniej tak uważa. Wszystko kręci się w okół tego jednego faktu. Manoline również jest twoją córką. Może Lily porwała ją, bo uważa, że mała zajęła jej miejsce? Co ty na to?
Stephane otworzył i zaraz zamknął buzię. Przekrzywił z zainteresowaniem głowę. W jego oczach pojawiły się przebłyski nadziei. 
— Będzie chciała ją zastąpić? 
— Lub wręcz przeciwnie. Zaszantażować was, abyście przyjeli ją dla rodziny. Wiesz, albo bierzecie dwie, albo rzadną. 
— Ale to nadal nie przybliża nas do znalezienia ich. 
Mattieu niechętnie się z nim zgodził. Wstał, zrobił kolejną kawę i podszedł do mapy Francji na ścianie. 
— Jesteś z Paryża, prawda? 
Stephane przytaknął szybko. 
— Masz rodzinę w innych regionach? 
— Tylko ciotkę w Strasburgu. 
— Czyli to nie to… 
Teraz mózg Matta pracował na podwyższonych obrotach. Miał teorię. Kolejną szaloną teorię. Nie był psychologiem, profilerem, znajomość ludzkiej psychiki opierał jedynie na doświadczeniu. Ale pewne rzeczy widział i rozumiał. Był wstanie przewidzieć, jak zadziała przestępca. 
— Większość dzieci wychowanych w żle funkcjonującej pieczy zastępczej ma zaburzony obraz rodziny — zaczął tłumaczyć. — To na sto procent przypadek Lily. Myślę, że zaplanowała wszystko dużo wcześniej. Dowiedziała się, że jesteśmy spowinowaceni i dlatego chciała pracować akurat w tej komendzie i w moim wydziale. Czekała aż będziesz miał wolne wakacje i nas odwiedzisz. Zaplanowała siatkarskie morderstwo, bo wiedziała, że poproszę cię o pomoc. 
— Dlaczego tak bardzo tego chciała? 
— Może wolała żebyś trochę ją poznał, za nim podzieli się swoimi podejrzeniami? Chyba nie przewidziała, że znajdziemy Havarois. 
— Przecież to ona znalazła głowę Delacoura. — Stephane zmarszczył brwi. Teoria Matthieu wzbudziła w nim pewne uzasadnione wątpliwości. 
— Okej, masz rację — zgodził się Matt. — Wiedziała, że go znajdziemy. Ale chciała żeby się zabił. Była pewna, że to zrobi. 
— Ale zmienił zdanie. — Stephane zaczął powoli łapać o co chodzi. — I dlatego musiała zniknąć. 
— Zaszyła się gdzieś z Manoline. Będzie chciała byśmy wycofali zarzuty. Tylko wtedy odda małą. 
— Przecież Havarois przyznał się, że mu pomagało. 
— To jedyny dowód. Jego słowo. I nagranie z kamery, które niczego nie potwierdza. 
— I naprawdę myśli, że po tym wszystkim, co zrobiła przyjmiemy ją do rodziny? 
To było dobre pytanie. Bardzo dobre. Matthieu musiał się nad nim chwilę zastanowić. Ale znał odpowiedź. 
— Wykorzysta Manoline. Dlatego pytałem o twoją rodziną. Zaszyją się gdzieś we dwójkę. Lily będzie próbowała przekonać Many, że jest fajną, starszą siostrą. Wykorzysta do tego miejsce, w którym mała czuje się bezpiecznie. Pomyśl, Stephane! Gdzie to może być? 
— Dom moich rodziców? — trener tylko wzruszył ramionami. 
Matt pokręcił głową. 
— Zbyt bliska rodzina. Zorientują się, że coś jest nie tak. 
— Nie wiem, naprawdę… 
— Przypomnij sobie jakieś wakacje, pewnie sprzed wielu lat. Albo świąteczny wyjazd, wiosenną przerwę, cokolwiek. 
— Majorka. Spędzamy tam każde wakacje. 
— Za daleko. Nie wsiądą na pokład samolotu. A przejazd przez całą Hiszpanie zająłby im kilka dni. 
Stephane zacisnął zęby. Myślał intensywnie, przywoływał wspomnienia. Te odległe, z czasów, gdy jeszcze był zawodnikiem. Dzieci były małe, nie chodziły do szkoły. Kończył sezon w połowie maja. Miał długie wakacje. Wtedy przynajmniej dwa tygodnie spędzali we Francji. Ale nie z rodziną. Sami. 
Przypomniał sobie. Niewielki, kamienny domek między polami winorośli. Starą piaskownicę, w której bawiła się trzyletnia Manoline i niebieski rowerek, na którym uczył jeździć pięcioletniego Timotiego. 
Dobre czasy. 
— Jest takie miejsce — powiedział w końcu. — Gdy jeszcze grałem, wynajmowaliśmy domek w Prowansji. Dwa, maksymalnie trzy tygodnie. Odpoczywaliśmy po sezonie, a dzieci bawiły się z miejscowymi. Ćwiczyły francuski. 
— Manoline lubiła to miejsce? 
— Uwielbiała. Gdy zostałem trenerem, nie mieliśmy już czasu, by przyjeżdżać. Tęskniła. W tym roku mieliśmy zamiar wpaść tam pod koniec sierpnia. 
— Może z tego nic nie wyjść. 
— Chyba zostaniemy na Majorce. Myślisz, że Lily wie o Prowansji? 
Matt zamachał się przez moment. Ale przytaknął. Nie bez powodu przyjął Garout do pracy. Była inteligentna. Cholernie inteligenta. 
— Sprawdziła to wcześniej. Przygotowywała się przez długie lata. Wszystko sprawdziła. 
— Masz pewność? 
— Prawie stuprocentową. 
— Ile mamy czasu? 
— Jakieś sześć godzin. Potem Lily może się zorientować, że się domyśliliśmy. Ucieknie. 
Odwrócił się w końcu od mapy. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. 
— W takim razie zbieraj rzeczy, Stephane. Wracamy do gry. 

***

Pisk opon. Krzyk Lily. Gwałtowny skręt kierownicą. Huk. Powiew powietrza. Szczęk pękającego metalu. Przeszywający ból. Zimno i ciepło. Na zmianę. Samo krwi w ustach. Chaos myśli. Co, gdzie, jak. To bicie serca? Moje? Jej? Żyje? Odwrócić się? Mięśnie nie reagują. Wołam ją. Nie odpowiada. Otworzyć oczy. W ciemności nic nie widać. To szept? A może tylko szum wiatru? I ból. Okropny, przeszywający każdą komórkę, ciała ból. Odbiera zdolność myślenia. Świadomość. Spycha na krańce życia. 
I nagle wszystko ustaje,
Stoi w polu. Aż po horyzont ciągną się uprawy pszenicy. Opadają łagodnymi pagórkami, przecinanymi jedynie wąskimi ścieżkami. Po niebieskim niebie wolno suną chmury. Słońce wisi wysoko. Jest ciepło. Śpiewają ptaki. Gdzieś w oddali szczeka pies.
Fréd stoi po środku. Czuje na skórze ciepło promieni słonecznych. Wdychał czyste powietrze. 
Jest błogo. Spokojnie. Idealnie. 
Bo na przeciwko niego stoi Lily. 
Uśmiecha się. Włosy związała w luźny kucyk. Ubrała kwiecistą sukienkę bez ramiączek. Jej oczy błyszczą wesoło. 
— Jesteś za wolny, Freddy! — śmieje się. — Za wolny! Musisz być szybszy jeśli chcesz mnie dogonić, musisz być szybszy. 
Więc jest szybszy. Biegną razem przez pola. Śmieją się głośno. Rzucają na ziemię, turlają w dół zbocza. Leżą obok siebie, ramię w ramię, stykając się opuszkami palców. Lily głaszcze jego dłoń, rysuje wzory na wewnętrznej stronie. Obraca głowę. Patrzy na jej dołeczki w policzkach, różowe usta. Chce je pocałować, pragnie tego, jak nigdy wcześniej. Pochyla się, ale ona znów wybucha śmiechem. 
— Jesteś naiwny — mówi tylko, cały czas się uśmiechając. — Taki naiwny Freddy, taki naiwny, taki…

— Taki naiwny. 
Otworzył gwałtownie oczy. Oślepiło go jaskrawe światło. Próbował odetchnąć głęboko. Zakrztusił się. Usiadł, kaszląc desperacko.
— Spokojnie, Frédérique, spokojnie — usłyszał ten sam stanowczy głos. Czyjaś silna ręka zmusiła, by położył się z powrotem. 
— Musisz odpoczywać. 
Zamknął i otworzył oczy. Zaczął powoli rozróżniać zarysy kształtów. Z każdą sekundą otoczenie było coraz wyraźniejsze. Widział rząd monitorów, do których był podpięty, stojak z kroplówką, starą umywalkę w ścianie. Obok łóżka, a wytartym fotelu. Przez ułamek sekundy myślał, że to Lily. Ale potem przetworzył ciemną skórę, szerokie ramiona. 
Arabella. 
— Co się stało? — wychrypiał. 
— Miałeś wypadek — mruknęła. — Nie wiemy jeszcze jak… To bez znaczenia. W każdym razie, w ostatniej chwili uniknąłeś zderzenia z tirem. 
Ze świstem wypuścił powietrze. Zacisnął palce na prześcieradle. Jak przez mgłe przypominał sobie zdarzenia ostatnich kilku godzin. Jak to było? Pojechali złapać Havarois. Antiga robił za mediatora. Obyło się bez strzelaniny. Mieli wrócić na komisariat, by przeprowadzić przesłuchanie. 
A wcześniej… 
Wszystko wróciło jak uderzenie młotem. 
— Lily! Gdzie jest Lily?! — wrzasnął. 
— Frédérique… 
— Mów do cholery, gdzie jest Lily?! — podniósł głos, prawie krzyczał. Patrzył wściekle na Arabelle, która tylko odwróciła wzrok. — Mów, co z nią?! Natychmiast!
Kobieta zagryzła wargę. Pierwszy raz Fred widział ją naprawdę zakłopotaną. Dlaczego? Co takiego wie stało? Chyba Lily nie… 
Jego serce rozpadło się na milion kawałeczków. Zawył. Nie, nie, nie… 
— Powiedz, że Lily nie… że ona… 
Westchnęła. Powoli pokręciła głową. 
— Spokojnie, Lily żyje. Ma się dobrze. A przynajmniej wszystko na to wskazuje. 
Odetchnął z ulgą. Rozluźnił się. Położył się i pozwolił napięciu opaść. Lily żyła. Była bezpieczna. A to najważniejsze. 
Nagle w jego głowie zapaliła się czerwona lampka. Coś było nie tak. Widział to na twarzy Arabelli. Jak marszczy brwi i stara się nie patrzeć mu w oczy. 
— Coś przede mną ukrywasz! Mów, co się dzieje! — zażądał. 
Westchnęła. Usiadła wygodniej na krześle. Zerknęła przez ramię, jakby sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje. 
– Dobrze — zgodziła się. — Ale nie spodoba ci się to, co usłyszysz. 


Hej, cześć i czołem? Czy u Was też tak leje? I czy tylko mnie w taką pogodę nic się nie chcę i mogłabym cały dzień przeleżeć w łóżku? 
Dobra, ale dość przynudzania. Wiecie, że to już przedostatni rozdział? Jeszcze jeden, epilog, a potem żegnam się z tym opowiadaniem. 
I co dalej? Jeszcze nie wiem. Pomysłów jest kilka. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. 
Jak zwykle z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze i za wszystkie z góry dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin


poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Rozdział 12

Matt nigdy nie myślał w takim tempie. Jego myśli nigdy jeszcze nie pędziły w tylu chaotycznych kierunkach. Dociskał desperacko pedał gazu, pędząc przez miasto. Wymijał nieliczne o tej porze samochody. Syrena policyjna wyła przeraźliwie. Światła odbijały się w kałużach na asfalcie. Obok siedział Stephane. Równie przerażony, blady. Co chwilę wykręcał numer żony, ale ta nie odbierała. 
— Bella, wiesz coś? — zapytał przez radio Matthieu. 
— Na razie nie. Obdzwoniłam wszystkie szpitale. Jeszcze ich nie przewieźli. 
Głos kobiety drżał. Odsunęła na bok wszelkie żarty. Były sprawy ważne i ważniejsze. 
Fréd. Lily. Wypadek. 
W tamtej chwili zapomnieli o śledztwie. Havaroisa został zamknięty w policyjnym areszcie. Miał czekać na dalsze przesłuchanie. 
Sprawy ważne i ważniejsze.
— Myślisz, że to poważne? — odezwał się w końcu Stephane. — Może tylko się połamali? 
— Gdyby tak było już dawno byśmy wiedzieli. 
Trener zagryzł wargę. Matthieu poczuł dziwne ukłucie w sercu. Tak strasznie chciałby wierzyć, że to nic takiego, ot drobna stłuczka, może tylko wypadli z drogi i utknęli w bagnie. Przecież takie wypadki zdarzają się codziennie. 
Ale logiczne myślenie w tym przypadku było wyjątkowo bolesne. Mógł tylko wyobrażać sobie, co zastaną na miejscu. 
Kątem oka zerknął na Stephana. Antiga wręcz wymusił na szwagrze wzięcie na miejsce wypadku. Czy Ferrat wiedział dlaczego? Nie. Ale coś zaczynało mu świtać. 
Już chciał dopytać, jednak w tym momencie dojechali na miejsce. Trzy pasy obwodnice zajęte były przez straż pożarną, pogotowie i policje. W poprzek stał tir. Ruch kierowano drugą stroną. Wszędzie pełno było ludzi. Miejsce wypadku odgrodzono żółtymi taśmami. 
Matthieu i Stephane wypadli z samochodu. 
— Gdzie pasażerowie? — Matt zapytał pierwszego z brzegu policjanta. 
— O kim pan mówi? — Młody totalnie zgłupiał. 
— O ofiarach! Co się stało z ofiarami!
— Nie wiem, ja tu tylko sprzątam!
Matt wyminął go bez słowa. Rozglądnął się nerwowo, szukając kogoś, kto dowodziłby całą akcją. Daleko za barierką widział w ciemności zarysy samochodu. Ruszył w tamtą stronę, a Stephane pobiegł za nim. 
— Przepraszam, ale nie może pan tam wejść. 
Drogę zagrodziła mu starsza policjantka. Wyszarpał zza pazuchy odznakę i pomachał jej przed nosem. 
— Komendant Matthieu Ferrat. Wydział zabójstw. W tym samochodzie byli moi ludzie, muszę dowiedzieć się, co z nimi! 
— Rozumiem, ale… 
Zignorował ją. Przeszedł pod taśmą. Szedł w stronę auta. Z każdym krokiem co raz szybciej i szybciej. Ostatni odcinek przebiegł. Dopadł do wraku, zajrzał do środaka. Wszędzie pełno było krwi. Rozbita szyba, poskręcany plastik, powyginany metal. Przez siedzenie pasażera przebijał się metalowy pręt. Rozglądnął się. Na trawie wokół widać było ślady krwi i przypalenia.
Nie znalazł żadnych ciał.
Ze świstem wypuścił powietrze. Opadło z niego pierwsze napięcie. Wrócił do drogi, gdzie czekał na niego Stephane. 
— Znalazłem Fréda — mruknął. 
Matt uniósł brew. Odruchowo spojrzał w stronę karetek. Medycy krzątali się w okół kogoś na noszach. W świetle reflektorów dostrzegł znajomą ciemną czuprynę. To był Frédérique. To musiał być Frédérique. 
Był. Wyglądał strasznie. Opuchnięta twarz. Nadpalone włosy. Poparzenia. Ręka wygięta pod dziwnym kątem. Poszarpane ubrania. Rozcięta warga. Zaschnięta strupy krwi. 
— Fréd? — Mathieu przykucnął obok noszy. — Słyszysz mnie Fred? 
— Szef? — Chłopak z trudem uchylił powieki. 
— Jak się czujesz? 
— Lily… — tylko tyle był wstanie wychrypieć. Sekundę później jego ciałem wstrząsnęły drgawki. 
Ratownicy odepchnęli Matthieu. Z przerażeniem patrzył, jak próbują ustabilizować stan Roshera. Gdy im się udało, wsadzili go do karetki i odjechali bez słowa. Komendant mógł tylko patrzeć, jak znikają w ciemności i modlić się, by Fréd był bezpieczny. 
Jeszcze dłuższą chwilę stał bezruchu w miejscu. Nagle spłynęło na niego zmęczenie z całego dnia. Adrenalina wyparowała. Jedyne czego zapragnął, to położyć się do łóżka, przytulić żonę i przespać kolejne dwadzieścia cztery godziny. 
Frédérique, biedny Frédérique, jego sierżant, powinien go chronić, dbać…
Do rzeczywistości przywróciły Matta dopiero słowa Stephana. 
— Widziałeś Lily? 
Rozglądnął się nerwowo. Na miejscu były jeszcze dwie karetki. Jedna opatrywała kierowcę tira. Druga czekała na wytyczne. 
— Zajmowaliście się dziewczyną? — zapytał Matthieu. — Blondynka, dwadzieścia kilka lat, była pasażerką w samochodzie. 
— Nikogo jeszcze nie mieliśmy. — Pokręcił głową ratownik. 
— Na pewno? Inne zespoły też nie? Może była tylko poharatana? Nikogo nie widzieliście? 
— Przykro mi, ale nie. 
— A może ciało? Zabrali kogoś? — Te słowa ledwo przeszły mu przez gardło. W jego głowie pojawiła się przerażająca wizja. Bezwładne ciało Lily, pusty wzrok, czarny worek. Zespół nad trumną, przemówienie…
— Żadnych ofiar. Dwóch poszkodowanych. Brak zabitych. To cud. 
— Tak, cud… 
I nagle oszalał. 
Nie miał pojęcia co w niego wstąpiło. Nagle ktoś po prostu wyłączył myślenie. Szukał chaotycznie, biegał od policjanta do policjanta, od strażaka do strażaka, pytając o Lily. Czy ktoś nie widział pasażera? Nie? Przecież musiał być! Tak, dziewczyna, blondynka. Nie wiem, czy zginęła, wy mi powiedzcie. Nie, nie uspokoję się! Przecież nie mogła znikną!
— Szukajcie dziewczyny! — nakazał, ignorując fakt, że przecież nie dowodzi. — Musi gdzieś być. W samochodzie były dwie osoby, powtarzam dwie! Mogła wypaść przez szybę. Albo wydostać się sama, odczołgać, a potem stracić przytomność. Conajmiej dziesięć metrów od auta. Szukajcie, szukajcie, szukajcie!
Szukali. Policja dostosowała się do poleceń Ferrata. Nikt zresztą nie odważyłby się dyskutować z wściekłym komendantem. Wzięli latarki, krótkofalówki i metr po metrze przeszukiwali wysokie trawy wokół miejsca wypadku.
Jedynie Stephane nie brał udziału w poszukiwaniach. Stał przy taśmie i pustym wzrokiem wpatrywał się w niebo. Z jego twarzy ciężko było odczytać jakiekolwiek emocje. Przejmował się? Denerwował? A może w napięciu czekał aż odkryją ciało policjantki?
Do tego ostatniego nie doszło. Znaleźli strzępki ubrań Lily. Dokładniej policyjnej kurtki. Możliwe, że resztki jej krwi. 
Żadnego ciała. Nawet części. Urwanej ręki, czy czegoś podobnego. Samej Lily też nie znaleźli. Jakby dosłownie rozpłynęła się w powietrze. 
— Przecież to nie możliwe. — Matt nerwowo krążył po miejscu wypadku. 
Rannych odwieziono do szpitala, zaczęto sprzątać wrak. Drogówka chciała jak najszybciej otworzyć zablokowane pasy. 
— Może jednak nie było jej w samochodzie? — zaproponował bez przekonania Stephane. — Może wysiadła gdzieś po drodze, musiała coś załatwić. 
Matthieu stanowczo pokręcił głową. 
— Kazałem im jechać prosto na komendę. Mieli pomóc w przesłuchaniu. 
— Jeśli pokłóciła się z Frédém mogła kazać się wysadzić. Kobiety są nieprzewidywalne. 
— A kurtka? 
— Zapomniała w pośpiechu. 
— Nie odbiera telefonu. 
— Myśli, że to Frédérique. Nadal jest na niego obrażona. 
Matt zacisnął zęby. Rozum chciał przyjąć logiczne wytłumaczenie, ale przeczucie podpowiadało, że cała ta sytuacja jest bardzo dziwna. 
Jeszcze raz obszedł wrak samochodu. Zajrzał do środka. Powyginany metal przypominał zęby potwora. W ciemności ciężko było dostrzec szczegóły. 
Jednak nagle coś błysnęło pod fotelem. Matthieu schylił się i drżącymi rękami podniósł mały przedmiot. Obrócił go w dłoni. Wiedział co to jest i co oznacza. 
Wrócił do Stephana. Wcisnął mu znalezisko do ręki. 
— Wiesz co to jest? Odznaka Lily. Nigdy by jej nie zostawiła. Wiesz, co to oznacza? 
Antiga zamrugał zaskoczony. 
— Nie mam pojęcia. 
— Że Lily Garout była w tym samochodzie. I gdzieś zniknęła. 

***
Stephanie czekała. Nie mogła spać. Nie teraz. Nie, gdy Stephane był gdzieś tam, daleko i narażał swoje życie, by złapać mordercę. Oh, ufała Matthieu, że go ochroni. Że nie pozwoli, by stanął na lini strzału. Ale wypadki się zdarzają. A tu chodziło o mężczyznę, którego kochała. 
Westchnęła głęboko. Usiadła na łóżku i wyjrzała przez okno. Był środek nocy. Gdzieś w oddali szczekał pies. W pokoju obok spały dzieci. Panował spokój. 
Jedynie jej myśli szalały. Próbowała skupić się tylko na Stephanie, na bierzących godzinach, zabójcy. Nie potrafiła. Ostatnie kilka godzin było niczym trzęsienie ziemi. Jej poukładane, wspaniałe życie rozsypało się na milion kawałków. Pojawiła się bowiem Lily. Niczym bumerang z przeszłości. 
Dziewczynę pierwszy raz spotkała przed dziesięcioma dniami. Poszły z siostrą na zakupy. Babski wypad. Normalka. Gdy Sévérine przymierzała sukienkę, do Stephanie podeszła Lily. Wręczyła kopertę z listem. W środku było wszystko. O Daisy, imprezach, samobójstwie. Dziewczyna prosiła o spotkanie. 
Na początku Stepjanie nie zamierzała przyjść. Uznała to za głupi żart. Miała zamiar zapomnieć o liście, Lily i całym incydencie. 
Ciekawość wzięła górę. Następnego dnia stawiła się w umówionym miejscu. Chciała więcej dowodów. Lily je dostarczyła. Zdjęcia Stephana i Daisy. Pocztówki, które wymieniały. Swój akt urodzenia. Dokładnie wyliczyła, kiedy nastąpiła tamta noc. Miała nawet zdjęcia z imprezy. 
Brakowało jedynie badania DNA. 
Po to się spotkały. Lily, oprócz kolejnych dowodów, miała przekazać zestaw do pobrania próbki. Stephanie nie mogła dłużej czekać. Czuła się okropnie, ukrywając wszystko przed mężem. Ale musiała wiedzieć. Musiała znać prawdę. 
Ale potem wszystko się pokomplikowało. 
Teraz już nie chciała niczego innego, jak tego, by całe to szaleństwo się skończyło. By Stephane wrócił do domu, cały i zdrowy, by mogła go przytulić i upewnić się, że będzie dobrze. 
Czy zastanawiała się, co będzie potem? Trochę. Musiała. Życie wywróci się do góry nogami. Przynajmniej trochę. Lily mimo wszystko była pełnoletnia. Nie zamieszka z nimi od tak. Może uda się ułożyć jakoś nową rzeczywistość. 
Chciała być choć trochę zła na Stephana, ale nie potrafiła.  W końcu nie miał pojęcia o istnieniu córki. Nie potrafiła go winić. Bardziej była zła na Daisy. Dlaczego nie powiedziała o ciąży? Dlaczego ukryła istnienie córki? Przecież Stephane, choć młody, był odpowiedzialny. Na pewno nie zostawiłby jej samej. 
Stephanie wolała nie myśleć, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby Stephane jednak wychowywał Lily.   
Łup!
Z zamyślenia wyrwał ją dziwny trzask. Wyprostowała się gwałtownie. Nasłuchiwała. Stukot nie powtórzył się. W ciszy panującej w domu słychać było tylko tykanie zegara. Żadnych kroków, wskazujących na powrót Stephana. Żadnych zapalonych świateł. 
Zachowała jednak czujność. Dziwne przeczucie podpowiadało jej, że coś się dzieje. 
Wstała powoli. Ostrożnie wyjrzała na korytarz. Był pusty. Podeszła do pokoju, w którym spały dzieci. Przez moment stała pod drzwiami. Wahała. W końcu jednak nacisnęła klamkę i weszła do środka. 
Dzieci spały. Maluchy Severine w swoich łóżkach. Timote na materacu. A Manoline… 
Zamrugała zaskoczona. Rozkładany fotel był pusty. Okno otwarte. Kołdra rozkopana. Poduszka na ziemi. Obok leżały kapcie. 
Dokładnie trzy sekundy zajęło jej zrozumienie, co się stało. 
— Manoline! — doskoczyła do okna. Wyjrzała do ogródka, ale nie zobaczyła niczego podejrzanego. 
— Manoline! 
Obudziła wszystkich. Dzieci, siostrę. Nie obchodziło jej to. Przeszukała cały dom, pokój po pokoju. Kilka razy. Nawet sprawdziła ogród. Nigdzie jednak nie znalazła Many. Jakby dziewczynka rozpłynęła się w powietrzu. 
Spanikowała. Serce biło jak oszalałe, z trudem łapała oddech. Co chwilę powtarzała imię ukochanej córki. Czuła się jak w horrorze, najstraszniejszym filmie. Nie chciała uwierzyć w to, co się dzieje. Cały czas liczyła, że Many wyskoczy gdzieś z szafy i oznajmi, że wszystko było tylko głupim kawałem. 
Ale przeczucie podpowiadało, że to nie żart. 
Po czterdziestu minutach poszukiwać, w końcu zrozumiała, co się stało. Stanęła na środku dziecięcego pokoju, spojrzała na siostrę i wyszeptała. 
— Manoline zniknęła. 

***

Stephane wiedział, że powinien być zmęczony. W końcu nie spał od prawie dwudziestu godzin. Powinien więc mieć wszystkiego dość i chcieć jedynie zakopać się w łóżku. Tak mówił, a raczej krzyczał jego mózg. Żeby dał sobie spokój. Morderstwo to sprawa Matta. Jak się śledztwo skończy, na spokojnie pogada się z Lily. 
Tylko, że serce nie pozwalało odpuścić. Bo co jeśli Lily naprawdę była jego córką? Powinien mieć na nią oko. Pilnować, by nic się nie stało. 
Zresztą nawet jeśli nie był jej ojcem, to polubił tę dziewczynę. Była naprawdę sympatyczna. Desperacja popchnęła ją do kontaktu ze Stephanie. Potrafił to zrozumieć, naprawdę. Na jej miejscu postąpiłby podobnie. 
Dlatego, gdy tylko usłyszał o wypadku, wymusił na Matthieu zabranie na miejsce. Musiał sprawdzić, czy z Lily wszystko w porządku. Był w końcu troskliwym ojcem. I dobrym człowiekiem. Nie wybaczyłby sobie gdyby Lily zmarła nie wiedząc, że ma kogoś, kto się o nią martwi. 
Gdy dotarli na obwodnice, poczuł dziwne ukłucie w sercu. Coś był nie tak. Czuł to każdą komórką ciała. Jakby nad miejsce wypadku unosiła się dziwna aura. Przeszywająca do szpiku kości i mówiąca, że to jeszcze nie koniec. 
Z dystansem przyglądał się poszukiwaniem Lily. Podświadomość podpowiadała mu, jaki będzie ich skutek. Gdy Matthieu przyniósł odznakę dziewczyny, tylko udawał zaskoczonego. Przecież nie miał jeszcze żadnych konkretnych podejrzeń. 
Wrócili na komendę. W Matthieu znów wybuchła adrenalina. 
— Jakieś wieści od Fréda? — rzucił, ledwo przekroczywszy próg gabinetu. 
Arabella na sekundę oderwała się od komputera. 
— Połamane żebra. Kości ogółem. Wstrząs mózgu. Przebite płuco. Kiepsko, ale wyliże się z tego. 
— Rozmawiałaś z nim. 
— Jest na lekach przeciwbólowych. Śpi. 
Kiwnął głową. 
— Namierzyłaś telefon Lily? 
— Po ostatniej aktywności? Kilka metrów od miejsca wypadku. Potem cisza. 
Zacisnął zęby. Odwrócił zęby i wyszedł na korytarz. Stephane pobiegł za nim. 
— Jeśli chcesz, możesz iść do domu — rzucił. 
— Chcę wiedzieć, co się stało z Lily. — Trener był wyjątkowo stanowczy. — Nie pytaj na razie dlaczego, ale to ważne. 
— Jak chcesz. — Matthieu tylko wzruszył ramionami. 
Przez moment szli w zupełnym milczeniu. Dopiero, gdy Matt pchnął ciężkie, stalowe drzwi, Antiga zorientował się, gdzie dotarli. 
Byli w areszcie. 
Starszy strażnik wskazał ostatnią z celi. Tak jak Stephane podejrzewał, siedział tam Havarois. Pod ścianą, ze spuszczoną głową i przetłuszczonymi włosami. Wyglądał jak ofiara długoletniej choroby alkoholowej i bezdomności. 
Matthieu otworzył kraty. Havaroisa nawet na niego nie spojrzał. 
— Musimy porozmawiać. 
— Przecież rozmawialiśmy. 
— Kto i dlaczego porwał Lily Garout?!
Stephane wzdrygnął się. Pierwszy raz słyszał Matthieu tak wściekłego. Jakby wstąpił w niego sam diabeł. 
— Mów do cholery! 
— Nie mam pojęcia, o czym pan mówi! — Havarois skulił się jeszcze bardziej. — Nie znam żadnej Lily! 
— Kłamiesz! Cały czas kłamiesz! Lily zniknęła tuż po twoim aresztowaniu. Myślisz, że jesteśmy durni? Że nie połączymy faktów? Ktoś skorzystał z okazji. Kto? Zapewne twoja szanowna wspólniczka, niejaka Margaret. 
Havarois zacisnął zęby. Powoli podniósł głowę. Nie spojrzał jednak na Matta, tylko na Stephana. Pod wpływem jego spojrzenia, trenerem aż wstrząsnęło. Poczuł zimny pot na skroni. W tych oczach było coś niepokojącego, przerażającego. Jakby próbowały obedrzeć człowieka ze wszelkich tajemnic. 
— Nie mam pojęcia, o czym panowie mówią — powtórzył, przez zaciśnięte zęby. 
Matt cofnął się o krok. Zmierzył mordercę zimnym spojrzeniem. Odzyskał spokój, umiejętność logicznego myślenia. Przysunął sobie krzesło. Stephane stanął obok i oparł się o ścianę. 
— Kim jest Margaret? 
— To przesłuchanie?
— Grzeczna wymiana zdać. 
Havarois spojrzał spode łba. Temperatura w pokoju jakby nagle spadła o kilka stopni. Stephane poczuł się dziwnie. Jakby najgorsze dopiero miało nadejść. 
— Nie wiem. — Głoś Havaroisa był pozbawiony wszelkich uczuć. — Tak się właśnie przedstawiała. Margaret. Nie wiem jak mnie znalazła i skąd wiedziała, co spotkało Loisa. Zadzwoniła mówiąc, że pomoże wymierzyć sprawiedliwość. Kontaktowaliśmy przez ulotki. Ustalaliśmy miejsce spotkania. Zawsze gdzieś indziej. Nie wiem jak naprawdę wygląda. Przychodziła w perukach, różnie ubrana. 
— Wiek? 
— Ponad dwadzieścia lat? Nie wiem. Współczesne dziewczyny różnie wyglądają. 
— Jak pomagała?
— Zorganizowała narzędzia. Pomogła dostać się do budynków. A potem miała pozbyć się ciał. 
— Z tym ostatnim średnio jej szło — prychnął Stephane. 
Matt uciszył go machnięciem ręki. Zmrużył oczy. Był profesjonalistą. Wiedział, jak przeprowadzać przesłuchanie. 
— Myślisz, że Margaret to jej prawdziwe imię? 
— Wątpię. Robiła wszystko, by nie zdradzić swojej prawdziwej tożsamości. 
— Zaufałeś jej? 
— Byłem zaślepiony zemstą. Pragnąłem śmierci tych, którzy odebrali mi syna. Tylko to się liczyło. 
— Masz jakieś dowody kontaktu. 
— Wszystko spaliłem. Tak kazała Margaret. 
— I naprawdę nie zainteresowało cię, co robiła z ciałami?! — Tym razem to Stephane wybuchnął. — Nie słyszałeś o poćwiartowaniu Delacoura? Nie włączyła ci się wtedy czerwona lampka, że coś jest nie tak? 
— Nie wiedziałem. Nie oglądam telewizji, nie czytam gazet. Internetu nawet nie potrafię obsługiwać. 
— Ta, bo jeszcze uwierzymy. 
Havarois tego nie skomentował. Odwrócił się do mężczyzn, a wzrok znów wlepił w podłogę. To był znak. Nic więcej nie powiem. Radźcie sobie sami.
Wyszli bez słowa. Strażnik zamknął cele. Pożegnał się skinieniem głowy. Gdy wrócili do biura, zegar wskazywał trzecią nad ranem. MImo tego cała komenda nadal tętniła życiem. A raczej zdenerwowaniem. Arabella przejęła pałeczkę. Rozkazywała ludziom, szukając jakiegokolwiek śladu przyjaciółki. 
Stephane przez moment przyglądał się jak kobieta wykrzykuje polecenia, w jednym uchu nadal mając słuchawkę, a w ręce trzymając rysik do tabletu. 
— Mam dla ciebie zadanie. — Matt był chyba przyzwyczajony do wyczynów Belli, bo w ogóle go nie poruszyły. — Znajdź wszystkie Margaret w regionie. Ich karty, samochody, rachunki, wzięte pokoje w hotelach i tym podobne. 
— Wiesz, że to będzie jakieś milion danych? Odcedzenie tego zajmie mnóstwo czasu. 
— Spróbuj porównać z bazą mieszkańców. Odrzuć wszystkie powtarzające się nazwiska. 
— Zastosuj filtr wiekowy — podsunął Stephane. — Szukamy młodszej kobiety, maksymalnie trzydzieści lat. 
— To nadal kilkaset jak nie kilka tysięcy wyników. 
Mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia. Antiga przygryzł wargę. Margaret… Kim była ta kobieta? Dlaczego porwała Lily? Przecież powinna zniknąć. Mieli mordercę, a o niej nic nie wiedzieli. Po co zwracała na siebie uwagę? 
To wszystko nie miało sensu. 
— Powinniśmy wrócić na miejsce wypadku — mruknął Matt. — Poszukać śladów. 
— Pewnie już je zatarli. — Stephane z rezygnacją oparł się o stół. — Zresztą, Margaret wydaje się być inteligentną kobietą. Szaloną, ale inteligentną. Raczej nie zostawiła żadnych śladów. 
Matthieu przyznał mu racje. Znaleźli się w beznadziejnej sytuacji. Mogli jedynie czekać na to, co znajdzie Arabella. 
— Pan Stephane Antiga? 
Nagle w drzwiach stanął jeden z policjantów. Stephane zmarszczył brwi. 
— Tak, to ja. Coś się stało? 
— Pańska żona czeka przy wejściu. Wygląda na zdenerwowaną. 
Zaskoczony Antiga zerknął na Matta, ale ten tylko wzruszył ramionami. Zeszli na dół. Owszem czekała tam Stephanie. Chodziła w kółko, mrucząc coś pod nosem. Na widok Stephana prawie wybuchła płaczem. 
Przygarnął ją do siebie. Zaczął uspokajająco gładzić po plechach. Cała drżała. Chwilę zajęło, za nim złapała oddech na tyle, by mówić. 
— Stało się coś strasznego — wychrypiała. — Na początku nie wierzyłam, myślałam, że przesadzam, ale wszystko wskazuje na to, że… że… Manoline zaginęła!— głos jej się załamał, ostatnie słowa wychlipała. 
Odsunął ją na długość ramion. Nie zrozumiał, co powiedziała. 
— Ja to? 
— Normalnie! Zniknęła! Nigdzie jej nie ma! Nie wzięła komórki! Ma jedenaście lat, nie wyszłaby sama z domu w środku nocy! 
Stephanie rozpłakała się. Zaprowadzili ją do gabinetu Matta. Posadzili na krześle i zaczekali, aż trochę się uspokoi. Dopiero wtedy opowiedziała im wszystko. Jak nie mogła zasnąć, o dziwnym odgłosie i jak przeczucie zawiodło ją do pokoju dzieci. Trzy razy powtórzyła, że przeszukała cały dom. Dziewczynki nigdzie nie było. 
— Może uciekła? To się zdarza — rzucił bez namysłu Matthieu. 
— Matt, proszę. — Stephane prawie zabił go spojrzeniem. — Przecież nas znasz. Timiego i Manoline też. Dlaczego Many miałaby uciekać. 
— Przy zniknięciu dziecka zawsze to rozważamy. 
— Wzięłaby jakieś ubrania — mruknęła Stephanie. — Buty, kurtkę, cokolwiek. Niczego nie brakuje. 
— Jesteś pewna? 
— Jak niczego innego. 
Stephane ze świstem wypuścił powietrze. Choć z zewnątrz zachowywał spokój, to w środku dosłownie buzował od emocji. Przecież chodziło o jego córkę, jego małą dziewczynkę! Ukochane dziecko, dla którego zrobiłby wszystko. 
Świat nagle stracił kolory. Czas jakby zwolnił. Manoline znalazła się w niebezpieczeństwie, a on temu nie zapobiec. 
— To nie może być przypadek — szepnął. — Najpierw Lily, teraz Manoline. 
— Lily? — Stephanie podniosła głowę. — Lily też zniknęła. 
Przytaknął.
— Jakąś godzinę temu. Mieli wypadek na obwodnicy. Znaleźli jej partnera, ale ona wyparowała. 
Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę. Przez moment wąchała się, co powiedzieć. Spojrzała na męża, a potem na szwagra. 
— Ty wiesz? 
— Ale o czym? 
— Nie wie — westchnął Stephane. — Nie zdążyłem mu powiedzieć. 
— Więc może powinieneś. Jeśli te sprawy są powiązane. Matt musi mieć pełny ogląd sytuacji. 
Trener westchnął. Nie bardzo mu się to podobało. Wolał załatwić sprawę sam. Najpierw upewnić się w podejrzeniach. Przeprowadzić wszystkie testy. Im mniej osób wiedziało tym lepiej. 
Ale od tego zależało życie jego córki. A nawet dwóch. 
— Pewnie na początku nie uwierzysz — zaczął powoli. — Zresztą na razie nie mamy pewności, ale… ale wychodzi na to, że Lilly Garrout jest moją córką. 
Opowiedział Mattowi o zdjęciach, Daisy i podejrzeniach. Trzy razy powtórzył, że to nic pewnego. Tak, jakby w obecnej sytuacji, to miało jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się tylko to, że i Lily i Manoline zniknęły. Stephane stracił dwie córki. To nie mógł być przypadek. 
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do gabinetu weszła Arabella. Rzuciła na biurko kilka zdjęć. Stanęła pod ścianą, z rękami opartymi na biodrach i wściekłą miną. 
— Wyjaśnij to — rozkazała Matthieu. 
Zaskoczony Matt pochylił się nad zdjęciami. Zmarszczył brwi. 
— Nie rozumiem. 
— To z kamer z hotelu. Zdjęcie z czterech godzin przed znalezieniem pierwszego ciała. Widzisz kogo przedstawia?
— To niemożliwe.
Stephane również pochylił się nad fotografią. Przedstawiało wejście do hotelu. Rozpikselowane, z wyblakłymi kolorami. Zegar w rogu wskazywał trzecią nad ranem. Nie przyjechali jeszcze żadni goście. Przy drzwiach stała tylko jedna osoba. 
Antiga zamarł. Nie mógł w to uwierzyć. Teraz już nic nie rozumiał. 
Na zdjęciu była bowiem Lily. 


Cześć, hej i czołem! Przedstawiam rozdział dwunasty. Zostały jeszcze tylko dwa do końca, jesteśmy coraz bliżej ostatecznego rozwiązania. Czeka nas już tylko punkt kulminacyjny ;) 
Jak zwykle z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze i za wszystkie z góry dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin